2011 26
Recenzja: Wschodzący księżyc
„Wschodzący księżyc” Keri Arthur
Riley Janson to kobieta niezwykła, jest bowiem niespotykanym połączeniem wampira i wilkołaka. Pracuje w biurze Departamentu Innych Ras w Melbourne i za wszelką cenę nie chce zostać Strażnikiem, którym jest Rhoan, jej brat bliźniak, zmuszony do zabijania po to, aby ochraniać ludzi. Riley stara się ukrywać swoje pochodzenie, jednakże wydarzenia, które wkrótce nastąpią, skutecznie skomplikują jej dotychczas ułożone życie. Jej brat zaginął w trakcie misji. Na progu mieszkania pojawił się tajemniczy, nagi i przystojny wampir, a wschodzący księżyc rozpalił w Riley gorączkę, która z każdą chwilą coraz bardziej narasta. Jej życie jest w coraz większym niebezpieczeństwie, tym bardziej, że są osoby, które mają wobec niej swoje własne plany. Jak Riley poradzi sobie z tą sytuacją? Czy uratuje brata i – co również ważne – czy będzie w stanie uratować samą siebie?
Bohaterka tej książki, która jest połączeniem wampira i wilkołaka, na tyle przyciągnęła moją uwagę ku tej lekturze, że od razu wiedziałam, iż będę chciała tę książkę przeczytać. Nie oczekiwałam po tej powieści zbyt wiele, bo wciąż pozostaję sceptycznie nastawiona do literatury, w której występują wampiry, aczkolwiek muszę przyznać, że zostałam mile zaskoczona. Dostałam kawałek naprawdę ciekawej historii, pełnej pasji, namiętności i niebezpieczeństwa. To lektura, w której seks jest wyzwoleniem, każdy nowy bohater cudownym wyzwaniem, a następujące po sobie wydarzenia momentami pełnymi ekscytacji i oczekiwania na to, co ma dalej nastąpić. Autorce należą się duże brawa, ponieważ stworzyła świat i bohaterów niezwykle plastycznych, wobec których nie pozostałam obojętna – każdy z nich wywołał we mnie wiele emocji.
Największą uwagę podczas czytania tej książki zwróciłam na niezwykle szeroko rozbudowany świat, który – mogę przyznać szczerze – naprawdę mnie zachwycił. Akcja toczy się w wielu ciekawych miejscach, w niektórych dłużej – w innych krócej, aczkolwiek każde z tych miejsc jest dokładnie i ciekawie opisane. Bez większych przeszkód można sobie wyobrazić, jak ono wygląda i to jest właśnie ta rzecz, którą w książkach uwielbiam. Opis świata przedstawionego jest dla mnie jednym z kroków do polubienia danej książki i w tym wypadku „Wschodzący księżyc” spisał się na medal. Liczba miejsc akcji w tej książce jest jak szeroki i różnorodny wachlarz kolorów – momentami zachwycający swą prostotą. Naprawdę nie trzeba wiele, aby ten świat polubić, ponieważ już od początku sprawia on wrażenie naprawdę sympatycznego miejsca.
Bohaterowie są skonstruowani przez autorkę w sposób tak różnorodny, w jaki tylko mogą być przedstawieni. Poznajemy wiele ciekawych postaci, przede wszystkim oczywiście Riley Jenson, która jest główną bohaterką tej książki. Kobieta ta, to istna mieszanka wampira i wilkołaka, postać silna, potrafiąca poradzić sobie w najcięższej sytuacji i zdecydowanie nie będąca niewinną osobą. Jeżeli ktoś poszukuje bohaterki książki, która jest postacią odważną, nie bojącą się nowych wyzwań – w takim razie z czystym sumieniem polecam „Wschodzący księżyc”. Mamy okazję poznać także Quinna, owego przystojnego, nagiego wampira, którego Riley spotyka przed drzwiami swojego mieszkania. Kim tak naprawdę jest ten mężczyzna i po co przybył na spotkanie z Riley? Czego od niej oczekuje i czy Riley zdecyduje mi się zaufać? Z pewnością jest to postać godna uwagi, nie wywołująca fajerwerk, aczkolwiek sympatyczna. Jedyna rzecz, na którą w tej kwestii mogę narzekać, to zbyt słabe przedstawienie Rhoana. Brat bliźniak Riley jest dla mnie zdecydowanie najciekawszą postacią tej książki i uważam, że autorka nie przyłożyła się do zgłębiania jego psychologii. Rhoanowi brakuje iskry, werwy, która czyniłaby go jeszcze bardziej realnym i plastycznym, aczkolwiek mam nadzieję, że w dalszych częściach zostanie to naprawione. Dziewięć tomów to wcale nie tak mało, autorka ma zatem czas, aby popracować nad wizerunkiem swoich postaci, których w tej lekturze wcale nie jest tak mało.
Nie mogę zaliczyć tej książki do ulubionych, bo mimo wszystko nie była ona zbyt wspaniałą lekturą, a już z całą pewnością nie ambitną, jednak nic nie przeszkadza mi w tym, aby uznać ją za jedną z najciekawszych, jakie ostatnio czytałam. Świat jest przedstawiony naprawdę apetycznie, a bohaterowie wzbudzają wiele emocji. Tak naprawdę do końca nie wiadomo, komu naprawdę można ufać, bo w każdej chwili może się okazać, że przyjaciel zamienił się we wroga, albo wręcz odwrotnie – to wróg stał się osobą, w której ręce można powierzyć swoje życie. Akcja nie daje czytelnikowi wytchnienia, w każdym momencie dzieje się coś, co doprowadza niemalże krew do wrzenia i wzmaga apetyt na ciąg dalszy. We „Wschodzącym księżycu” nie ma zbyt wielu zaskakujących momentów – mogę wręcz napisać, że ich ilość jest znikoma, ale mimo tego książka ta nie traci swojego uroku. Jest to lektura bardzo ciekawa, w której spotkać można nie tylko wampiry i wilkołaki, ale także inne, wzbudzające zainteresowanie postacie – niektóre rzadko spotykane w innych książkach. Z czystym sumieniem polecam tę lekturę i zachęcam do jej przeczytania. Na własnej skórze przekonajcie się, czy spodoba się ona wam tak jak spodobała się mnie.
****Lenalee by zlodziejka-ksiazek.blogspot.com dla PB




No Comments on “Recenzja: Wschodzący księżyc”